Kiedyś o tym pisałam, że gdy nie mam potrzeby pisać, to nie piszę. Nie czuję presji, nie mam potrzeby, mam wolność. Chcę być niezależna od tych lajków, od ludzi, nawet od Was, czy czytacie, czy nie. Fajnie, gdy komuś się jakiś wpis przyda, ważne, żeby nie zepsuł nikomu taki wpis dnia, ani humoru, a właśnie odwrotnie, dał wsparcie lub choćby spowodował uśmiech, a może zainspirował. Podpowiedział życiowo: ja też tak mogę przecież, bo czemu nie. Cokolwiek.
Może właśnie dlatego akurat dziś znów piszę. Każdy, pokazując coś , co mu się udało, chce się trochę pochwalić, że coś zrobił i to wyszło, a może nawet wyszło wbrew trudnościom. Ale u mnie samo pokazanie tego nie przekonuje mnie do pisania, bo muszę sobie wytłumaczyć, że robię to z ważniejszego powodu. Sama zresztą w ten sposób zaczęłam sobie dawać prawa do niektórych rzeczy. Dopiero, gdy u kogoś innego zauważyłam, że sobie daje prawo i dzięki temu lepiej żyje, jest szczęśliwy, że można, da się.
Aż doszłam do momentu, w którym wymyślam wyjazd w Tatry na jen dzień, kilka godzin w sumie, tyko po to, by zatańczyć, bo od miesiąca chodzi za mną piosenka, której tańczyć nie chciałam gdzie indziej, tylko w Tatrach. Myśląc, że nie stać mnie teraz finansowo ani czasowo na Tatry, chciałam to odkładać na kiedyś.
Tak łatwo sama ze sobą nie mam, by sobie samej pozwolić na taki luksus. Fanaberię, ot tak wyjechać.
Wsiąść do pociągu byle jakiego z tym kamykiem zielonym…. Musiał pomóc los.
Koncert w parku – zaskoczenie
Znów niedziela, bez specjalnych planów, z odrobiną frustracji w herbie. Cóż, ostatnio trochę mi się poprzesuwały progi znoszenia frustracji. Kiedyś już bym leżała na łopatkach powalona przez życie, a dziś cóż no lekka frustracja.
W każdym razie niedziela, wymiana książek w Macondo. Szłam dwa razy z tymi książkami, bo tak jakoś się uzbierało i ciężko, i trzeba trochę mieszkanie zrobić przejrzystszym, a tu po drodze słyszę jakieś dźwięki. Plac Św. Macieja, muszla koncertowa. Wyraźnie coś się dzieje. Jak się okazało próba. Koncert dopiero będzie. Plenerowy, darmowy. Tak blisko. No skoro koncert sam do mnie przychodzi, to jak tu nie posłuchać. Zaniosłam książki, dziś bez makijażu, zdążyłam do domu na 5 minut tylko coś odłożyć, niepotrzebny bagaż i z powrotem. Koncert był super, Justyna Woźniak, aktorka Teatru Capitol. Super głos, cudny brawurowy akompaniament Michała Olejnika. Zdążyłam powiadomić koleżankę, która mieszka blisko i też jej się ten koncert przydał.
Na wszelkie frustracje muzyka robi najlepiej. Wczoraj ostatnia potańcówka w Rynku, też byłam. Uwierzcie, nie bójcie się tańczyć w tłumie, każdy tam tańczy jak chce, jak umie, jak popadnie. Nawet sam, nie jest sam. Nie ma się czego wstydzić. Wystarczy odłożyć obawy.
Wczoraj tańce, dziś koncert, muzyka koi na różne sposoby.
A gdy usłyszałam piosenkę, którą puszczam sobie na okrągło od miesiąca, może nawet dwóch, nucę, śpiewam, to stało się jeszcze bardziej oczywiste, że koncert dla mnie.
Klasyczne dobre piosenki w dobrym wykonaniu.
Polecam niedziele spontaniczne, niedziele nieoczywiste, w których podążamy za głosem serca, za ruchem swojego ciała, za tym, co nam daje kopa, choćby po to, by lepiej radośniej zacząć nowy rok szkolny
Beksiński i Teatr Czterech z Wrocławia
We Wrocławiu tyle się dzieje, że jak już akurat tu jestem, to wiele może mi umknąć, bo przecież jak wybiorę jedno wydarzenie, to na inne już nie pójdę a czasem przecież nie wybieram nic lub sama coś stwarzam dla siebie.
No ale na szczęście są znajomi i przyjaciele, którzy zaproszą na coś, namówią, przypomną, zasugerują i wtedy wybór jest dużo prostszy, bo jest pretekst do pójścia w to właśnie konkretne miejsce.
Tak było przedwczoraj, zwykła niby spokojna, nawet leniwa niedziela sierpniowa. Trochę wiatr, trochę słońce, w zasadzie nic specjalnego.
Znajoma, która występuje w Teatrze Czterech https://teatrczterech.pl/ zaprosiła mnie na „Strategie przetrwania. Silent disco”. To spektakl, który miał premierę w dniu finisażu wystawy „Fenomenalny. Zdzisław Beksiński” w Pawilonie Czterech Kopuł.

Ciotka Dżasta w Londynie
Czasem tak jest, że w danym momencie najważniejsze jest to, co innym się wydaje niekonieczne, niepotrzebne, a nawet nie w porę. Ty jednak czujesz, że to jest dla Ciebie najlepsze, a nawet czasem bardziej dla innych.
Tak było z naszą wycieczką do Londynu. To był babski wypad. Udało się ogarnąć tanie loty w obie strony w czasie, który był dla naszej całej czwórki najbardziej optymalny. Przed końcem roku szkolnego, gdy już lekcje konkretne to tylko mit. Hotel jakimś cudem też udało się zarezerwować w dość dobrej lokalizacji i niedrogo.
Już na wstępie podróży postanowiłyśmy się nie przejmować tym, że samolot ma godzinę opóźnienia, a my mamy kupiony bilet na autobus z lotniska na konkretną godzinę, że zmieniają nam bramkę na ostatnią chwilę. Potem okazało się, że fajnie że mamy bilet na autobus i nieważne że godzinę wcześniej. Po prostu weszłyśmy. Lepiej okazuje się mieć bilet nie na tę godzinę, niż go nie mieć, bo Ci co zostali w kolejce, nie weszli.

Potem. Jeszcze tylko dojazd metrem i już byliśmy w hotelu. Od metra do hotelu było bardzo blisko.

Byłam wczoraj na meczu Igi Świątek!
Tak naprawdę byłam w teatrze na premierze „French Open”. Rekonstrukcji meczu Igi Świątek z Naomi Osaką. Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego we Wrocławiu rzeczywiście, tak jak to zostało powiedziane po spektaklu, przekroczył granice performansu. To był mecz, były trybuny, komentator, sędziowie, zawodniczki, były przerwy. Można było wychodzić, kupować popcorn, wodę i wracać. Jak na meczu.

Dla zabieganych i ciągle w drodze czyli make-up w toalecie w galerii
Fascynujące jest to jak galerie, (sklepy niestety) nie te z obrazami, wychodzą na przeciw moim potrzebom. Nie przepadam za nimi, bo są wielkie i zwykle nie lubię przemierzać całych kilometrów wewnątrz, mam poczucie straty czasu, za mało tam świata dla mnie, przyrody itp. Zresztą o tym jakie galerie wolę pisałam tutaj. Kawiarnie w Galeriach to też dla mnie ostateczność, często nie ma okien na zewnątrz, a jeśli są, to widok z nich mnie zawodzi. Pozza tym kompletnie nie mają klimatu.
Sorry, ale tak czuję.
No ale od niedawna pojawiły się w tych miejscach w damskich toaletach stanowiska do poprawy makijażu lub zrobienia go. Często nie mam czasu rano na makijaż, więc robię go gdzieś tam później w biegu.
Tym razem padło na Renomę, ale tu oczywiście kolejne oznaki mojego boomerstwa. Bo jak już zrobiłam i nagrałam cały makijaż, to okazało się, że jest specjalne pomieszczenie, gdzie wysokie stołki i lustra, a ja go robiłam tam, gdzie umywalki. No nic, następnym razem nagram, gdzie trzeba 😉
Festiwal Silesius wybiórczo, bo literatura się toczy równolegle i nie zawsze na salonach
Mamy taki festiwal międzynarodowy we Wrocławiu. I nawet on, mimo że ma dobrą reklamę, nagłośnienie, dobrą miejscówkę nawet, jest niszą. Nie oszukujmy się. Bo to poezja, a większość ludzi się jej boi, nie dotyka, bo zwyczajnie ulegają stereotypom. I też trochę się im nie chce. A przecież to forma dla leniwych można by rzec, w sumie najkrótsza forma wypowiedzi literackiej. Może taką być. Bo są i długie teksty poetyckie.
Często to forma terapeutyczna wypowiedzi literackiej. Poza tym wszystkim, że wiersze mają określone formy, środki stylistyczne i nie mówią wprost, to świetna rzecz do czytania w przelocie, do pisania na kolanie, do wyrzucenia z siebie frustracji, wściekłości, do uspokojenia się, do zatrzymania jak przed muralem, obrazem. Można nawet komuś pięknie literacko dosrać, nie mówiąc wprost. Można odreagować, rozliczyć się z kimś, wszystko można.
Ale dość już tej mojej paplaniny.
To ma być wpis o tym, co przed chwilą.
Jak zwykle czegoś nie ogarniam czyli taki trochę szczyt boomerstwa i robienie tego wszystkiego czego przecież nikt nie robi.
Od jakiegoś czasu tańczę i się nagrywam, pewnie, że cieszy mnie to, że potem to pokazuję i Wam się podoba, ale nie zawsze chodzi o te lajki, tylko też o mobilizację i pretekst do wyjścia, czyli o życie.
Bo wiecie jak to jest, jak się nie ma powodu, a doskwiera smutek, to się nie chce wcale z domu wychodzić i się zostaje w takim dole. A jak się ma mega ważny powód, bo się chce nagrać coś na youtube, na przykład czytanie fragmentu książki, wiersz, zaproszenie na warsztaty, albo właśnie taniec, to się to robi i już.
Serio więc nie chodzi mi o to, by pokazywać i się chwalić czymś tam, np. nowym wierszem, tylko chodzi o tę mobilizację i pretekst. Mam powód, jest ważny, trzeba się ubrać, pomalować, wyjść, poszukać ładnej scenerii i to zrobić, nagrać. A potem wrzucić na YT.
Dlaczego asertywności uczą nas sytuacje, kiedy nie o siebie musimy zadbać, tylko o innych.
To tylko pytanie retoryczne, które spróbuję rozwinąć w tym wpisie.
Dawno tu nie pisałam, bo nie było czasu ale i też potrzeby, a ja nie będę się zmuszać, ani pisać na siłę, żeby tylko było coś w social mediach. Zastanawiałam się czy do kolejnego wpisu przekona mnie coś olśniewającego,
na przykład jakiś super film, ekstra książka, wycieczka, czy przepis kulinarny. Aż w końcu kolejność zdarzeń spowodowała, że poczułam nagłą palącą potrzebę pisania z o wiele ważniejszego powodu, przepracowania czegoś życiowo, społecznie, nauczenia się czegoś.
Jest trochę na świecie nas – osób, które nie lubią konfliktów, wolą przemilczeć niż walczyć, są gotowe stwierdzić, „a może przesadzam” i siedzieć cicho. Nie umiemy stawiać granic, bo się nam te granice kojarzą z czymś
niemiłym dla innych. Wolimy więc sobie dać wejść na głowę, byle tylko nie urazić nikogo.
A wiecie, co dzieje się w tym czasie, gdy my milczymy? Osoba, która przekracza nasze granice, uczy się, że może tak działać i jest bezkarna, uczy się, że granic nie ma i można z butami włazić kiedy się chce i jak się chce na teren
drugiej osoby bez pytania. Swoją biernością uczymy tę osobę złych zachowań, które będzie ćwiczyła w życiu nie tylko na nas, ale też na innych, być może słabszych od nas.
Jeśli widzą to inni: jej szkodliwe zachowanie i nasze milczenie, to po pierwsze też tego szkodliwego działania mogą doświadczyć na sobie, jednocześnie z nami, a po drugie jest szansa, że pomyślą, że tak ma być, nie
można się wychylać, bo taki jest świat.
Dlatego właśnie trzeba umieć powiedzieć STOP! Czytaj dalej „Dlaczego asertywności uczą nas sytuacje, kiedy nie o siebie musimy zadbać, tylko o innych.”
Piosenka to moja obsesja
Dawno nie pisałam, czasem tak trzeba, schować się i nawet nie chcieć pisać, mieć komfort milczenia i komfort tego, że niczego nie muszę.
Cieszy więc bardzo i jeszcze bardziej, że po takim czasie chcę.
Nie będzie wiele tego, co napiszę, ale na ten moment po prostu w sam raz.
Pretekstem jest znów pora piosenki, cóż tu dużo pisać, jestem bardzo nudna i przewidywalna w tej kwestii, kwestii piosenki. Jest marzec, więc PPA. Mam szczęście mieszkając w mieście tego festiwalu.
No i doszłam do wniosku, że piosenka to moja obsesja, hobby, jakby nie nazwać, to takie dobre uzależnienie 😉
Nie wkręcajmy się w takie wyroki, że jak się ma hobby, to jest to „obsesja” w złym znaczeniu, że przesada.
To miła odskocznia, czasami ratunek przed codziennością, brutalnością, siermiężnością i niezrozumieniem.