W tym roku moje wakacje obrodziły książkami przyjaciół, na początek poezja. I będę chyba o niej pisać w kilku postach, a zacznę od najświeższej książki poetyckiej, którą podarowała mi autorka Alicja Dydyna dosłownie tydzień temu. „Fontanny”.
A było to tak, kilka lat minęło, ale, jak zapowiadałam tutaj, pozwoliłam sobie na Góry Literatury w pełni, czyli cale 3 dni. To naprawdę sporo, biorąc pod uwagę ilość i intensywność spotkań. Poezja, proza czeska, psychologia, podróże… Miejsca, w których odbywały się spotkania: Nowa Ruda, Dzierżoniów, Wałbrzych – Stara Kopalnia i oczywiście Zamek Sarny.
Tak wyszło, że mój wypad zimowy trafił na największy mróz. Łódź, miasto odwiedzane przeze mnie po raz pierwszy. Trochę za lekko się ubrałam, chociaż wydawało się, że mam na sobie warstwy i będzie ok, jednak widać Wrocław jest ogólnie w cieplejszym miejscu i do takich mrozów po kilkanaście stopni poniżej zera to mój organizm nie jest przyzwyczajony. Dlatego też wieczorami nie byłam w stanie długo chodzić po mieście. Może też nadchodzące przeziębienie powodowało, że ciągle było mi za zimno. Ale co tam. Samo oderwanie się, zmiana otoczenia, to już było coś i ten klimat Łodzi, fabryk…
Uważam, że jak już się jedzie do Łodzi, to można wcześniej, lub będąc tam, obejrzeć sobie „Ziemię obiecaną”, ja tak zrobiłam. Ponieważ było zimno, nie sprzyjało spacerom, bo czułam się chora, wreszcie też, bo w pobliskim teatrze Jaracza nie było już biletów, a i następnego dnia nic nie grali, bo to przecież poniedziałek. No dla mnie to być w mieście na wycieczce, to prawie zawsze oznacza wyjście do teatru, no ale nie zawsze się da. Dlatego tym razem film.
Polecam oglądanie „Ziemi obiecanej” i pójście potem w miasto na zwiedzanie. Wtedy można tę Łódź poczuć na własnej skórze, tę historyczną i jednocześnie dzisiejszą realną. Księży Młyn, czy przepiękny Pałac Rodziny Poznańskich.
Nudzę się zwykle czymś, co niezmienne, dlatego w kuchni też poszukuję ciągle nowych smaków, no i też oczywiście zdrowia. To, co ugotowane, upieczone, zrobione własnoręcznie jest zdrowe. Tak, jeśli się użyje odpowiednich składników, ale też dlatego, że nie dodajemy tam żadnych utrwalaczy. No ale, jak we wszystkim, szukam równowagi, żeby nie przesadzić z robieniem czegoś ponad siły, wbrew sobie, mimo że dla zdrowia. Dlatego ten przepis nie wymaga zbyt wiele czasu 🙂
Przepis z książki, którą kupiłam jakiś czas temu, coś jak zrobienie dla siebie czegoś na przyszłość, jak list do siebie sprzed paru lat. Trochę się przeleżała, teraz ją doceniam i wykorzystuję. Dopiero dziś.
Taki teraz mam czas, balansuję między XIX wiekiem (Jóżef Ignacy Kraszewski – podróże, zwiedzanie jego muzeów, ale o tym innym razem) a okresem 20-lecia międzywojennego oraz czasami zaraz po wojnie, II wojnie. Tak się składa, że sięgnęłam po eseje, które dostałam w nagrodę jako uczennica 8 klasy podstawówki. Niezwykłe, ta książka w nienaruszonym stanie przetrwała u mnie, może głównie z powodu dedykacji, jakie wtedy wpisali mi do tej książki koledzy i koleżanki z klasy oraz wychowawczyni, więc taka wartość sentymentalna. Dopiero teraz postanowiłam po nią sięgnąć i chyba to dobry moment, bo wciągnęła mnie. Jak dobra powieść, a przecież to sylwetki międzywojennych, przedwojennych pisarek, w tej chwili kompletnie zapomnianych, takich jak Wanda Melcer, Irena Krzywicka, Kazimiera Iłłakowiczówna, Maria Wielopolska, Ewa Szelburg-Zarembina, Maria Kasprowiczowa, Helena Boguszewska, Maria Ukniewska, Izabela Czajka-Stachowicz i Zuzanna Ginczanka oraz jedyny w tym (towarzystwie) wyborze, mężczyzna – Michał Choromański.
Kiedyś o tym pisałam, że gdy nie mam potrzeby pisać, to nie piszę. Nie czuję presji, nie mam potrzeby, mam wolność. Chcę być niezależna od tych lajków, od ludzi, nawet od Was, czy czytacie, czy nie. Fajnie, gdy komuś się jakiś wpis przyda, ważne, żeby nie zepsuł nikomu taki wpis dnia, ani humoru, a właśnie odwrotnie, dał wsparcie lub choćby spowodował uśmiech, a może zainspirował. Podpowiedział życiowo: ja też tak mogę przecież, bo czemu nie. Cokolwiek.
Może właśnie dlatego akurat dziś znów piszę. Każdy, pokazując coś , co mu się udało, chce się trochę pochwalić, że coś zrobił i to wyszło, a może nawet wyszło wbrew trudnościom. Ale u mnie samo pokazanie tego nie przekonuje mnie do pisania, bo muszę sobie wytłumaczyć, że robię to z ważniejszego powodu. Sama zresztą w ten sposób zaczęłam sobie dawać prawa do niektórych rzeczy. Dopiero, gdy u kogoś innego zauważyłam, że sobie daje prawo i dzięki temu lepiej żyje, jest szczęśliwy, że można, da się.
Aż doszłam do momentu, w którym wymyślam wyjazd w Tatry na jen dzień, kilka godzin w sumie, tyko po to, by zatańczyć, bo od miesiąca chodzi za mną piosenka, której tańczyć nie chciałam gdzie indziej, tylko w Tatrach. Myśląc, że nie stać mnie teraz finansowo ani czasowo na Tatry, chciałam to odkładać na kiedyś. Tak łatwo sama ze sobą nie mam, by sobie samej pozwolić na taki luksus. Fanaberię, ot tak wyjechać. Wsiąść do pociągu byle jakiego z tym kamykiem zielonym…. Musiał pomóc los.
Znów niedziela, bez specjalnych planów, z odrobiną frustracji w herbie. Cóż, ostatnio trochę mi się poprzesuwały progi znoszenia frustracji. Kiedyś już bym leżała na łopatkach powalona przez życie, a dziś cóż no lekka frustracja.
W każdym razie niedziela, wymiana książek w Macondo. Szłam dwa razy z tymi książkami, bo tak jakoś się uzbierało i ciężko, i trzeba trochę mieszkanie zrobić przejrzystszym, a tu po drodze słyszę jakieś dźwięki. Plac Św. Macieja, muszla koncertowa. Wyraźnie coś się dzieje. Jak się okazało próba. Koncert dopiero będzie. Plenerowy, darmowy. Tak blisko. No skoro koncert sam do mnie przychodzi, to jak tu nie posłuchać. Zaniosłam książki, dziś bez makijażu, zdążyłam do domu na 5 minut tylko coś odłożyć, niepotrzebny bagaż i z powrotem. Koncert był super, Justyna Woźniak, aktorka Teatru Capitol. Super głos, cudny brawurowy akompaniament Michała Olejnika. Zdążyłam powiadomić koleżankę, która mieszka blisko i też jej się ten koncert przydał.
Na wszelkie frustracje muzyka robi najlepiej. Wczoraj ostatnia potańcówka w Rynku, też byłam. Uwierzcie, nie bójcie się tańczyć w tłumie, każdy tam tańczy jak chce, jak umie, jak popadnie. Nawet sam, nie jest sam. Nie ma się czego wstydzić. Wystarczy odłożyć obawy.
Wczoraj tańce, dziś koncert, muzyka koi na różne sposoby. A gdy usłyszałam piosenkę, którą puszczam sobie na okrągło od miesiąca, może nawet dwóch, nucę, śpiewam, to stało się jeszcze bardziej oczywiste, że koncert dla mnie.
Klasyczne dobre piosenki w dobrym wykonaniu. Polecam niedziele spontaniczne, niedziele nieoczywiste, w których podążamy za głosem serca, za ruchem swojego ciała, za tym, co nam daje kopa, choćby po to, by lepiej radośniej zacząć nowy rok szkolny
Fascynujące jest to jak galerie, (sklepy niestety) nie te z obrazami, wychodzą na przeciw moim potrzebom. Nie przepadam za nimi, bo są wielkie i zwykle nie lubię przemierzać całych kilometrów wewnątrz, mam poczucie straty czasu, za mało tam świata dla mnie, przyrody itp. Zresztą o tym jakie galerie wolę pisałam tutaj. Kawiarnie w Galeriach to też dla mnie ostateczność, często nie ma okien na zewnątrz, a jeśli są, to widok z nich mnie zawodzi. Pozza tym kompletnie nie mają klimatu. Sorry, ale tak czuję. No ale od niedawna pojawiły się w tych miejscach w damskich toaletach stanowiska do poprawy makijażu lub zrobienia go. Często nie mam czasu rano na makijaż, więc robię go gdzieś tam później w biegu. Tym razem padło na Renomę, ale tu oczywiście kolejne oznaki mojego boomerstwa. Bo jak już zrobiłam i nagrałam cały makijaż, to okazało się, że jest specjalne pomieszczenie, gdzie wysokie stołki i lustra, a ja go robiłam tam, gdzie umywalki. No nic, następnym razem nagram, gdzie trzeba 😉
Zdrowych, spokojnych, radosnych i pięknych Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam z drugiej strony półkuli. Nie mamy śniegu ani zimna, wszystko kwitnie i śpiewa, ale dekoracje świąteczne są piękne i są ulice, na których co jeden dom to piękniejszy i bardziej oświetlony. Niech światło rozbrzmiewa w Waszych sercach tak żeby wszyscy wokół mogli się nim ogrzać i uradować!
Ps. A kto dobrnie do końca posta i obejrzy wszystkie zdjęcia, będzie mógł posłuchać jak chór dziewczyn śpiewa świąteczne piosenki na Rundle Moll czyli pięknej popularnej ulicy pełnej sklepów i restauracyjek 😉
Już nawet nie pamiętam gdzie miałyśmy jechać, ale tak się stało, że znalazłyśmy się z tej strony Adelajdy, gdzie góry. Chyba nie chciałyśmy zresztą gdzieś konkretnie. Trzeba przyznać, że tu były piękne widoki. A no tak, to jakiś rezerwat, trafiłyśmy najpierw na plac zabaw, co prawda w pełnym słońcu ale pełno miejsc, gdzie ludzie robią pikniki.
Fajnie było się przejść, wejść w ten plac zabaw. Ale, jechałyśmy dalej, w góry po widoki. Jak widzicie ciotka Dżasta musi wszystkiego spróbować i doświadczyć w podróży 😉
Po drodze szukałyśmy ładnego miejsca na kawę i był hotel, restauracja, ale brak ludzi i jakoś postanowiłyśmy jechać dalej. tylko obejrzałyśmy to miejsce. I dobrze, chociaż hotel urokliwy i restauracja na piętrze, stoliki na dworze, to gdybyśmy tam zostały, nie trafiłybyśmy potem do innego sklepu-restauracji i to na dobre australijskie jedzenie wcale niedrogo. A, oglądając hotel podziwiałyśmy roślinność australijską i kościół. Nawiasem mówiąc w Adelajdzie jest bardzo dużo kościołów i świątyń innych wyznań.
Ale tymczasem droga zaprowadziła nas do sklepiku z owocami. Przydrożnego, bez kogoś, kto sprzedaje, sklep z zaufaniem do klientów. Plony i przetwory z farmy. To ciekawe, u nas w Polsce chyba takich nie ma. To domek z lodówkami w środku, cennikiem i skrzynką na pieniądze. Oczywiście trzeba gotówką i płaci się za owoce, zostawiając wyliczone pieniądze. W ofercie też suszone owoce i przetwory oraz bukiety. Niesamowite. Pierwszy raz jadłam loquaty. Są naprawdę pyszne, mają najczęściej po 2 pestki, tylko trzeba jeść bez skórki.
Jadąc wzgórzami zamierzałyśmy dotrzeć do Lobethal ale najpierw było Lenswood, jak wikipedia mówi to półwiejska wioska położona na wzgórzach Adelaide na wschód od Adelajdy w Australii Południowej. Główne gałęzie przemysłu to jabłka, gruszki, wiśnie i winogrona.
Zatrzymały nas przy drodze piękne kwiaty i sklep ze wszystkim.
Podobno kiedyś to był naprawdę sklep ze wszystkim. Gdy się zatrzymałyśmy, by podziwiać kwiaty, wyszedł właściciel i zapytał w czym nam pomóc, od razu zaoferował że zerwie nam kwiaty. Weszłyśmy jednak do środka i okazało się, że teraz może to już nie sklep ze wszystkim, kiedyś prowadził to z żoną, gdy żona umarła, chyba już nie ma tyle energii i serca do tego, ale nadal prowadzi po trosze restaurację, trochę pocztę i jakby księgarnio-bibliotekę. Po prostu miejsce gdzie można sie zatrzymać, pogadać, zjeść, obejrzeć coś, wysłać pocztówkę. Zaproponował nam pie czyli australijski przysmak, który można jeść i jako obiad, i jako deser. Na obiad z mięsem lub vege, na deser owocowe. Pie z wołowiną i serem była przepyszna. Kupiłam też ręcznie robione pocztówki, wuj Mat przecież swoje relacje pisał na pocztówkach, to i ciotka Dżasta nie może być gorsza 😉 Na pożegnanie właściciel dał nam jeszcze obiecane kwiaty.
Uwierzcie, dla takich chwil, warto jechać gdzieś w ciemno, bez planu, spontanicznie. Nie dojechałyśmy do Lobethal, ale to nic, to był pełen przygód i pięknych widoków dzień.