Taki teraz mam czas, balansuję między XIX wiekiem (Jóżef Ignacy Kraszewski – podróże, zwiedzanie jego muzeów, ale o tym innym razem) a okresem 20-lecia międzywojennego oraz czasami zaraz po wojnie, II wojnie. Tak się składa, że sięgnęłam po eseje, które dostałam w nagrodę jako uczennica 8 klasy podstawówki. Niezwykłe, ta książka w nienaruszonym stanie przetrwała u mnie, może głównie z powodu dedykacji, jakie wtedy wpisali mi do tej książki koledzy i koleżanki z klasy oraz wychowawczyni, więc taka wartość sentymentalna. Dopiero teraz postanowiłam po nią sięgnąć i chyba to dobry moment, bo wciągnęła mnie. Jak dobra powieść, a przecież to sylwetki międzywojennych, przedwojennych pisarek, w tej chwili kompletnie zapomnianych, takich jak Wanda Melcer, Irena Krzywicka, Kazimiera Iłłakowiczówna, Maria Wielopolska, Ewa Szelburg-Zarembina, Maria Kasprowiczowa, Helena Boguszewska, Maria Ukniewska, Izabela Czajka-Stachowicz i Zuzanna Ginczanka oraz jedyny w tym (towarzystwie) wyborze, mężczyzna – Michał Choromański.
Kiedyś o tym pisałam, że gdy nie mam potrzeby pisać, to nie piszę. Nie czuję presji, nie mam potrzeby, mam wolność. Chcę być niezależna od tych lajków, od ludzi, nawet od Was, czy czytacie, czy nie. Fajnie, gdy komuś się jakiś wpis przyda, ważne, żeby nie zepsuł nikomu taki wpis dnia, ani humoru, a właśnie odwrotnie, dał wsparcie lub choćby spowodował uśmiech, a może zainspirował. Podpowiedział życiowo: ja też tak mogę przecież, bo czemu nie. Cokolwiek.
Może właśnie dlatego akurat dziś znów piszę. Każdy, pokazując coś , co mu się udało, chce się trochę pochwalić, że coś zrobił i to wyszło, a może nawet wyszło wbrew trudnościom. Ale u mnie samo pokazanie tego nie przekonuje mnie do pisania, bo muszę sobie wytłumaczyć, że robię to z ważniejszego powodu. Sama zresztą w ten sposób zaczęłam sobie dawać prawa do niektórych rzeczy. Dopiero, gdy u kogoś innego zauważyłam, że sobie daje prawo i dzięki temu lepiej żyje, jest szczęśliwy, że można, da się.
Aż doszłam do momentu, w którym wymyślam wyjazd w Tatry na jen dzień, kilka godzin w sumie, tyko po to, by zatańczyć, bo od miesiąca chodzi za mną piosenka, której tańczyć nie chciałam gdzie indziej, tylko w Tatrach. Myśląc, że nie stać mnie teraz finansowo ani czasowo na Tatry, chciałam to odkładać na kiedyś. Tak łatwo sama ze sobą nie mam, by sobie samej pozwolić na taki luksus. Fanaberię, ot tak wyjechać. Wsiąść do pociągu byle jakiego z tym kamykiem zielonym…. Musiał pomóc los.
Znów niedziela, bez specjalnych planów, z odrobiną frustracji w herbie. Cóż, ostatnio trochę mi się poprzesuwały progi znoszenia frustracji. Kiedyś już bym leżała na łopatkach powalona przez życie, a dziś cóż no lekka frustracja.
W każdym razie niedziela, wymiana książek w Macondo. Szłam dwa razy z tymi książkami, bo tak jakoś się uzbierało i ciężko, i trzeba trochę mieszkanie zrobić przejrzystszym, a tu po drodze słyszę jakieś dźwięki. Plac Św. Macieja, muszla koncertowa. Wyraźnie coś się dzieje. Jak się okazało próba. Koncert dopiero będzie. Plenerowy, darmowy. Tak blisko. No skoro koncert sam do mnie przychodzi, to jak tu nie posłuchać. Zaniosłam książki, dziś bez makijażu, zdążyłam do domu na 5 minut tylko coś odłożyć, niepotrzebny bagaż i z powrotem. Koncert był super, Justyna Woźniak, aktorka Teatru Capitol. Super głos, cudny brawurowy akompaniament Michała Olejnika. Zdążyłam powiadomić koleżankę, która mieszka blisko i też jej się ten koncert przydał.
Na wszelkie frustracje muzyka robi najlepiej. Wczoraj ostatnia potańcówka w Rynku, też byłam. Uwierzcie, nie bójcie się tańczyć w tłumie, każdy tam tańczy jak chce, jak umie, jak popadnie. Nawet sam, nie jest sam. Nie ma się czego wstydzić. Wystarczy odłożyć obawy.
Wczoraj tańce, dziś koncert, muzyka koi na różne sposoby. A gdy usłyszałam piosenkę, którą puszczam sobie na okrągło od miesiąca, może nawet dwóch, nucę, śpiewam, to stało się jeszcze bardziej oczywiste, że koncert dla mnie.
Klasyczne dobre piosenki w dobrym wykonaniu. Polecam niedziele spontaniczne, niedziele nieoczywiste, w których podążamy za głosem serca, za ruchem swojego ciała, za tym, co nam daje kopa, choćby po to, by lepiej radośniej zacząć nowy rok szkolny
Fascynujące jest to jak galerie, (sklepy niestety) nie te z obrazami, wychodzą na przeciw moim potrzebom. Nie przepadam za nimi, bo są wielkie i zwykle nie lubię przemierzać całych kilometrów wewnątrz, mam poczucie straty czasu, za mało tam świata dla mnie, przyrody itp. Zresztą o tym jakie galerie wolę pisałam tutaj. Kawiarnie w Galeriach to też dla mnie ostateczność, często nie ma okien na zewnątrz, a jeśli są, to widok z nich mnie zawodzi. Pozza tym kompletnie nie mają klimatu. Sorry, ale tak czuję. No ale od niedawna pojawiły się w tych miejscach w damskich toaletach stanowiska do poprawy makijażu lub zrobienia go. Często nie mam czasu rano na makijaż, więc robię go gdzieś tam później w biegu. Tym razem padło na Renomę, ale tu oczywiście kolejne oznaki mojego boomerstwa. Bo jak już zrobiłam i nagrałam cały makijaż, to okazało się, że jest specjalne pomieszczenie, gdzie wysokie stołki i lustra, a ja go robiłam tam, gdzie umywalki. No nic, następnym razem nagram, gdzie trzeba 😉
Zdrowych, spokojnych, radosnych i pięknych Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam z drugiej strony półkuli. Nie mamy śniegu ani zimna, wszystko kwitnie i śpiewa, ale dekoracje świąteczne są piękne i są ulice, na których co jeden dom to piękniejszy i bardziej oświetlony. Niech światło rozbrzmiewa w Waszych sercach tak żeby wszyscy wokół mogli się nim ogrzać i uradować!
Ps. A kto dobrnie do końca posta i obejrzy wszystkie zdjęcia, będzie mógł posłuchać jak chór dziewczyn śpiewa świąteczne piosenki na Rundle Moll czyli pięknej popularnej ulicy pełnej sklepów i restauracyjek 😉
Już nawet nie pamiętam gdzie miałyśmy jechać, ale tak się stało, że znalazłyśmy się z tej strony Adelajdy, gdzie góry. Chyba nie chciałyśmy zresztą gdzieś konkretnie. Trzeba przyznać, że tu były piękne widoki. A no tak, to jakiś rezerwat, trafiłyśmy najpierw na plac zabaw, co prawda w pełnym słońcu ale pełno miejsc, gdzie ludzie robią pikniki.
Fajnie było się przejść, wejść w ten plac zabaw. Ale, jechałyśmy dalej, w góry po widoki. Jak widzicie ciotka Dżasta musi wszystkiego spróbować i doświadczyć w podróży 😉
Po drodze szukałyśmy ładnego miejsca na kawę i był hotel, restauracja, ale brak ludzi i jakoś postanowiłyśmy jechać dalej. tylko obejrzałyśmy to miejsce. I dobrze, chociaż hotel urokliwy i restauracja na piętrze, stoliki na dworze, to gdybyśmy tam zostały, nie trafiłybyśmy potem do innego sklepu-restauracji i to na dobre australijskie jedzenie wcale niedrogo. A, oglądając hotel podziwiałyśmy roślinność australijską i kościół. Nawiasem mówiąc w Adelajdzie jest bardzo dużo kościołów i świątyń innych wyznań.
Ale tymczasem droga zaprowadziła nas do sklepiku z owocami. Przydrożnego, bez kogoś, kto sprzedaje, sklep z zaufaniem do klientów. Plony i przetwory z farmy. To ciekawe, u nas w Polsce chyba takich nie ma. To domek z lodówkami w środku, cennikiem i skrzynką na pieniądze. Oczywiście trzeba gotówką i płaci się za owoce, zostawiając wyliczone pieniądze. W ofercie też suszone owoce i przetwory oraz bukiety. Niesamowite. Pierwszy raz jadłam loquaty. Są naprawdę pyszne, mają najczęściej po 2 pestki, tylko trzeba jeść bez skórki.
Jadąc wzgórzami zamierzałyśmy dotrzeć do Lobethal ale najpierw było Lenswood, jak wikipedia mówi to półwiejska wioska położona na wzgórzach Adelaide na wschód od Adelajdy w Australii Południowej. Główne gałęzie przemysłu to jabłka, gruszki, wiśnie i winogrona.
Zatrzymały nas przy drodze piękne kwiaty i sklep ze wszystkim.
Podobno kiedyś to był naprawdę sklep ze wszystkim. Gdy się zatrzymałyśmy, by podziwiać kwiaty, wyszedł właściciel i zapytał w czym nam pomóc, od razu zaoferował że zerwie nam kwiaty. Weszłyśmy jednak do środka i okazało się, że teraz może to już nie sklep ze wszystkim, kiedyś prowadził to z żoną, gdy żona umarła, chyba już nie ma tyle energii i serca do tego, ale nadal prowadzi po trosze restaurację, trochę pocztę i jakby księgarnio-bibliotekę. Po prostu miejsce gdzie można sie zatrzymać, pogadać, zjeść, obejrzeć coś, wysłać pocztówkę. Zaproponował nam pie czyli australijski przysmak, który można jeść i jako obiad, i jako deser. Na obiad z mięsem lub vege, na deser owocowe. Pie z wołowiną i serem była przepyszna. Kupiłam też ręcznie robione pocztówki, wuj Mat przecież swoje relacje pisał na pocztówkach, to i ciotka Dżasta nie może być gorsza 😉 Na pożegnanie właściciel dał nam jeszcze obiecane kwiaty.
Uwierzcie, dla takich chwil, warto jechać gdzieś w ciemno, bez planu, spontanicznie. Nie dojechałyśmy do Lobethal, ale to nic, to był pełen przygód i pięknych widoków dzień.
Zrobiłam to, poleciałam na inny kontynent, gdzie lot trwa ponad 20 godzin i dwa razy trzeba się przesiadać z samolotu do samolotu. Jak się okazuje samoloty się spóźniają i można utkwić na lotnisku ileś godzin i dolecieć później i inaczej. Ale co tam.
Kiedy robi się wiele rzeczy, kiedy zajmuje mnie to i tamto, trochę stresu, szczypta euforii, kilogramy codzienności po drodze i tona wyrzutów sumienia, to tylko myślę o tym, co bym napisała, czym się podzieliła, ale naprawdę nie ma kiedy i to jest ok, bo ważniejsze się dzieje.
Trwają wakacje, więc czasu niby więcej a jednak paradoksalnie mniej. Zależy co zamierzamy i co robimy. Zanim więc napiszę o wakacjach i moim tegorocznym wyborze spędzania ich, to jednak muszę napisać kilka słów o filmie, na którym byłam, on jeszcze w kinach jest grany, więc można sprawdzić samemu.
Waham się jak i co napisać, bo film ważny, czułam podskórnie, że ważny będzie. Okazał się też miejscami zaskakujący, chociaż wydawałoby się, że w jakiś sposób przewidywalny, a jednak mnie zaskoczył, szczególnie końcem. Nie powinnam pisać jak, ani czym mnie zaskoczył, bo to będzie spoiler, a w tym filmie potrzebne jest to zaskoczenie. Jeśli oczywiście wystąpi w nas, ale potencjalnie może.
Myślę, że jednak powinnam napisać coś o swoich odczuciach i skąd one się wzięły. Czuję, że zachowuję się teraz jak Tewje Mleczarz przed podjęciem decyzji, bo z jednej strony….. ale znów z drugiej strony….. Kto oglądał Skrzypka na dachu, ten wie o czym piszę 😉
No dobrze, w tytule będę ostrzegać, że jak ktoś nie chce być nastawiony w żaden sposób ani też nie chce mieć zepsutego pierwszego wrażenia, niech nie czyta tego posta po rozwinięciu 🙂
„Jutro będzie nasze” to film nie tylko dla kobiet. Film jest nakręcony w wersji czarno-białej i to dobry zabieg. Po pierwsze akcja filmu dzieje się we Włoszech, które uwielbiam osobiście, to kraj w którym mogłabym mieszkać, ale do rzeczy. Powojenny Rzym i kobiety, które żyją w patriarchalnym świecie, które nie mają prawa do głosu, których mężowie są panami i władcami, mogącymi, gdy im się spodoba ukarać kobietę, wymierzyć jej policzek, zabronić, rozkazać i to jest normalne życie.
Nie wiesz co zrobić z cukini żeby się nie namęczyć? Smaczne i szybkie. Spagetti z cukinią
Wystarczy pół paczki spagetti. Ugotuj aldente. W tym czasie podsmaż pokrojoną w plastry cukinię na złoto. Na łyżce oliwy. Odłóż na bok, podsmaż 1 łyżeczkę ziaren czarnego pieprzu na tej patelni, co smażona była cukinia.
Gdy odcedzisz makaron, odlej pół szklanki wody z gotowania i dodaj do patelni, dodaj łyżkę oliwy, makaron i cukinię, wymieszaj dodaj 3 łyżki parmezanu,
wymieszaj. Że y smak. Był lepszy i zdecydowany ja dodałam jeszcze soli, więcej sera w wiórkach np. Goudy i łyżeczkę przyprawy Czubrica żółta. Wyszło super smaczne