Blog · Dzieci

Ja, matka literatka do pełna!

Mam za sobą intensywny literacki czas, tylko tak intensywny, jak można mieć  z dziećmi w domu i z codziennymi domowymi obowiązkami. Nie taki zupełnie, jak się ma wyjeżdżając z domu na festiwal, gdy można literaturę chłonąć przez cały czas, nie rozpraszając się niczym.

W takim czasie, o jakim ja mówię, trzeba dzieci zawieźć do szkoły, ugotować obiad, ogarnąć bałagan, no i tylko w międzyczasie skoczyć na czytanie Herberta, bo, mimo że po tym czytaniu jeszcze można porozmawiać z koleżanką pisarką przez dwie godziny o literaturze, trendach, rozterkach i pomysłach, to zaraz potem trzeba jechać po dzieciaki do szkoły i koniecznie  być przygotowaną, na fochy, stresy, zmęczenia i przejęcia tychże młodych umysłów, które bardzo potrzebują twojej uwagi, dobrych rad i rozwiązywania życiowych zapętleń. Dlatego, czy te rozmowy o literaturze i wiersze Herberta mają się czas w tobie ułożyć, nie. Ale… nie rezygnujesz z nich, bo cię diabelnie interesują i pociągają. Dlatego nocą piszesz pośpieszny wiersz o tym, co ci się nie zdołało ułożyć w głowie, bo musisz to układać choćby wierszem.

Kolejnego dnia intensywny czas literacki od rana nie daje ci spokoju, zawozisz więc dzieci do szkoły z lekkim stresem (swoim i syna), bo drugi raz w życiu jedzie na wycieczkę klasową całodniową. I znów nie wiesz czym bardziej się przejąć, tarciem w literaturze, czy wycieczką syna, jego nastawieniem, oczekiwaniami, przecież pamiętasz jeszcze swoje wycieczki z dzieciństwa i jakie to były „niewiadome”.

Machasz dziecku, jak wszystkie matki wokół (czasem ojcowie) i pocieszasz jak możesz drugie młodsze  dziecko, które jest bardzo rozczarowane tym, że ono jeszcze nie ma wycieczki klasowej.
Jadąc autobusem do domu z tym wszystkim w głowie, pomału wracasz do literatury, która kłębi się w tobie przecież niemiłosiernie i cieszysz się jednocześnie, że masz dziś zaplanowane spotkanie warsztatowe z twoimi „starszymi dziećmi poetyckimi“, w których umysłach dopiero się burzy i zmienia, i które potrzebują tej literatury, by określać, opisywać siebie, a oprócz tego jeszcze każde z nich potrzebuje jej inaczej i do czegoś innego.

Gotując zupę, wymyślasz więc w przerwach ćwiczenie literackie i to, co im powiesz dzisiaj, co wynika z twojego bigosu literackiego w głowie. Jak zwykle nie masz zielonego pojęcia, co wyniknie z takiego ćwiczenia i co przekona młode umysły, albo zasieje w nich słowny niepokój.

Dlatego, gdy już udało się wszystkim napisać wiersze, masz poczucie, że każde z nich zrobiło to z wewnętrznej potrzeby i zostawiło w swoim wierszu kawałek siebie, niczego nie udając.

Wracasz do domu z satysfakcją i częściowo po drodze wyciszasz literaturę w głowie, by przygotować się na wrażenia z wycieczki, słuchanie opowieści, oglądanie pamiątek. Wieczorne czytanie przebiega w pozornym spokoju, który w głowie matki szuka sobie miejsca. Wiesz dobrze, że to nie koniec literacko intensywnego czasu.

Następnego ranka, przy pięknej pogodzie i wszechobecnym kwitnieniu postanawiasz zabrać dzieciaki do parku na rowery, hulajnogi i gry podwórkowe, umawiasz się z sąsiadami, jest pięknie, piknikowo, bo już czas, już zaczął się czwarty sezon projektu Parki ESK i można za darmo wypożyczyć w parku leżaki, badmintona, piłkę, frizbi, można miło spędzić czas.
Bawisz się z dziećmi, grasz z sąsiadami i masz piękny dzień, bo to przecież jest Wrocław i jeszcze dziś wieczorem czeka cię literatura. Bo to właśnie tu przyznawana jest Poetycka Nagroda Silesiusa i ty masz szczęście, że idziesz na galę, że dowiesz się już niedługo, kto tę nagrodę w tym roku otrzyma.

Dlatego musisz wrócić do domu na tyle wcześnie, by zdążyć się przebrać, doprowadzić do jako takiego porządku przed wyjściem. Chmurzy się tak, jakby zaraz miało lunąć, więc pogoda pomaga ci w powrocie. Masz jeszcze trochę czasu na przygotowanie, ale w domu okazuje się, że brakuje paru produktów, czyt. czegoś na jutrzejszy obiad, idziesz więc jeszcze do sklepu, bo przecież musisz pamiętać o tym, że jutro niedziela bez handlu.

Wracasz ze sklepu z tarczą i wiesz już, że zostaje ci tylko się przebrać i pomalować, chociaż czasu coraz mniej. Nie masz pojęcia w co się ubrać, ale bierzesz sukienkę, której na szczęście nie trzeba prasować i jako tako się prezentuje, okazuje się, że pasuje do niej żakiet z czasów obrony pracy magisterskiej. To wszystko nie jest najważniejsze, wkładasz baleriny, bo nie masz zamiaru skupiać się na swoich stopach i na pięknej niewygodzie. Jesteś człowiekiem praktycznym. Szybki makijaż na odchodnym, fryzura też. I już, dzieciaki mają wieczór z tatą.

Gala Silesiusa w Teatrze Capitol jest tym, co daje ci literackiego kopa. To spektakl poetycki, którego doświadczasz już nie pierwszy raz, i właściwie zawsze z przyjemnością i satysfakcją. Przed ogłoszeniem werdyktu, prezentowane są wiersze wszystkich nominowanych do nagrody. Prezentowane są w sposób mistrzowski, bo przez znanych aktorów. Może jedynie są elementy, które bardziej ci się podobają i mniej, na przykład wolisz żywego aktora na scenie niż wielki ekran z nagraniem, ale koniec końców komfortowo odbierasz te wiersze, wybaczasz drobne błędy w czasie spektaklu. To i tak zawsze piękna kompozycja tańca (akrobacji), muzyki, obrazu (scenografii) i słowa. Po wysłuchaniu nominowanych utworów właściwie masz już swoje typy. Potem werdykt. No i … jesteś zadowolona, jak nigdy chyba, z werdyktu jurorów. Tym razem po prostu zgadzasz się w zupełności.

Oczywiście nie masz przeczytanych wszystkich nominowanych tomów, zaledwie jeden z nich i kilka losowych wierszy z innych. Zwyczajnie nie masz na to czasu, ani też nie wystarczyło funduszy, by kupić te wszystkie książki w ciągu roku, oceniasz więc sobie wewnętrznie na podstawie tego, co właśnie usłyszałaś na gali, no i ewentualnie wcześniejszego dorobku znanych ci autorów.

Teraz masz naprawdę ochotę siegnąć po nagrodzone tomy i może po jeszcze kilka z nominowanych, oby się udało.

Po powrocie dopracowujesz, zmieniasz, poprawiasz swój pośpieszny wiersz sprzed dwóch dni, bo nie dawał ci spokoju.

Następnego dnia piszesz te słowa-taką sobie relację w formie kartki z pamiętnika, bo pisać musisz, taki wewnętrzny nakaz, ale już za chwilę wspólne czytanie, planszówki albo park  z dzieciakami.
Na szczęście dzisiaj mąż zrobił obiad. Dlatego ten wpis powstał we współpracy  z rodziną 😉

Jutro zacznie się normalny tydzień, a co w głowie, to już inna historia, tego może nie powstydzi się papier.

2 myśli na temat “Ja, matka literatka do pełna!

  1. Och jak pięknie napisałaś! Dni pełne wrażeń, choć to wciąż jeszcze weekend, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *